magazyn sztuki



Roman Wysogląd

bywam więc opisuję (71)


dotychczasowe >>>

teksty aktualne >>>


Komicy opuszczają nas pierwsi.


Motto: „Posiadacze prawdy zamkną się w kościołach a jedynie wątpiący pozostaną wiernymi”.

Czesław Miłosz.


  Śmierć Robina Williamsa uświadomiła nam, miłośnikom teatru i kina w jak podwójnym, niecierpliwym i nerwowym świecie żyją podziwiani przeze nas aktorzy ( może poza Jerzym Trelą).

  Nie jest przecież „rzeczą” normalną pomiędzy godzinami 19.15 a 22.30, udawać Hamleta, czy Wernyhorę a resztę czasu spędzać jako zwykły śmiertelnik.

  Za talent się płaci, dość często nawet najwyższą cenę, ale praca na planie filmowym czy scenie teatru jest jak narkotyk. Który wciągu i już nigdy nie wypuszcza ze swoich nieprzeźroczystych macek.

  Pewnie szczęśliwymi bywają aktorzy przeciętni, albo jeszcze bardziej niż nijacy, ale przeważni ci marzą o sławie np. Robina Williamsa.

   I w tym miejscu koło się zamyka. Zdajesz do szkoły teatralnej kompletnie nie mając pojęcia co czeka cię w „dorosłym” zawodowym życiu.

  Naturalnie nie da się porównywać zarobków gwiazd kina amerykańskiego z naszymi. Pewnie dzienny zarobek Robina rekompensował rok pracy Treli, Gajosa czy Krystyny Jandy.

  Problem leży jednak nie tyle w pieniądzach, co w wieloznacznej, niewdzięcznej a czasami nawet że niemożliwej linii oddzielającej tak zwane życie od tak zwanego aktorstwa.

  Aktorem się bywa przez całe życie. Nie ma innej możliwości. Najbardziej wyrazistym tego przykładem był Gustaw Holoubek, który nawet kawały opowiadane przy stoliku w kawiarni wydawnictwa „Czytelnik” przygotowywał godzinami, zastanawiając się nad każdym słowem czy puentą.

  A co dopiero film czy sztuka. Rok, a czasami nawet dłużej wcielania się w „ nie siebie” może, a czasami nawet musi doprowadzić do schizofrenii, paranoi czy uzależnienia od alkoholu lub narkotyków.

  I tak się dzieje bardzo często dzieje. Widz siedzący w wygodnym fotelu nie ma najmniejszego nawet pojęcia  co z jego „ ukochanym” aktorem tak akurat w danej chwili wspaniale grającym ( ale przecież nie siebie!) tak na prawdę się dzieje.

    Komicy opuszczają nas pierwsi, a ponieważ w zasadzie wszyscy jesteśmy komikami nie ma większego znaczenia kiedy ktoś z nas odejdzie.

  Robin Williams nie był ani pierwszym, a tym bardziej ostatnim który nie wytrzymał życia w „chorym” świecie z co najmniej rozdwojoną jaźnią

  Po nim przyjdą (odejdą) następni. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

  Na scenie dość zabawnie zwanej życiem pozostaną jedynie słabi aktorki, widzowie nic z tego wszystkiego nie rozumiejący oraz sztuka.   Ta przez duże S. Ale akurat ona ma nas wszystkich w głębokim poważaniu.

   Nawet poza sceną czy planem filmowym. Tak jej pewnie łatwiej i bezpieczniej. Tylko dla kogo? I z jakiego powodu?


Roman Wysogląd



home | wydarzenia | galeria sztukpuk | galerie | recenzje | forum-teksty | archiwum | linki | kontakt