magazyn sztuki



ADAM KAWA

HORA POETICA



Kraków 2015

NOC    ŚNIŁA   SONET...

( kilka luźnych myśli na temat ostatniego tomiku Adama Ka\wy "Hora Poetica" ).


ADAM  KAWA  ( ur. 28 października 1942 roku we Lwowie, na Zamarstynowie -- poeta krakowski).

Po wojnie po zajęciu Lwowa przez Rosjan, opuścił w 1944 r. miasto wraz z rodzicami i zamieszkał w Krakowie.W latach sześćdziesiątych studiował filologię rosyjską, historię i filologię polską, zmieniając kierunki. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pracował w Krajowej Agencji Wydawniczej w Krakowie. Poetycko zadebiutował 1960r. na łamach  "Głosu Nowej Huty". Pierwsza książka "Sonety do Gienki" ukazała się w 1973 roku w Wydawnictwie Literackim. Za książkę został wyróżniony przez Ministerstwo Kultury Stypendium im. Tadeusza Borowskiego. Kolejne książki ukazały się po wielu latach poetyckiego milczenia. W 1999 roku ukazał się "Rajski pies", w 2005 r. "Sonety wieków ciemnych", w 2009 r. "Sonety polskie" , a w 2011r. "Alchemia".

Autor za tom "Sonety polskie" uhonorowany został nagrodą Krakowska Książka Miesiąca Kwietnia 2009 roku, przyznawaną przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie.

Mniej więcej tyle można przeczytać o Adamie na stronach, jakże czasami bałamutnej, Wikipediii.

     Ale przecież prawdziwy Kraków to: Wawel, Rynek, Planty z przyległościami, kultowa kawiarenka Vis -- a vis, a przede wszystkim Adam Kawa, poeta wymykający się skutecznie od dnia debiutu,wszystkiego rodzaju stereotypom,zaszufladkowaniom etc.

     Poznaliśmy się w czasach niezapomnianych ( niestety już dla coraz węższego grona ) w Kole Młodych przy Związku Literatów ulica Krupnicza 22.

     Naprawdę istniało coś takiego, jak cotygodniowe spotkania w lokalu ZLP i słuchanie "twórczości" przeważnie wystraszonego delikwenta.

W 1968 roku Adam był dla młodych poetów i prozaików lustrem, w którym przegląda się poezja. I takim pozostał, tylko niestety coraz mniej poetów rozumie, co znaczy słowo POEZJA. Oczywiście wyłącznie jako "czysta" poezja.

     A później -- jak mówią młodzi -- poleciało. Tomy wierszy, prozy, czasami pogrzeby, knajpy, do których bez bata dorożkarskiego nie wpuszczano pod żadnym pozorem, nawet przy nieśmiałej próbie przekupstwa ( sławne "Trzy Rybki" ).

     Kiedy te czterdzieści siedem lat przyjaźni przeleciało? Nie mam pojęcia, ale jak pięknie piszesz w jednym z wierszy:

"Zieleń to kolor najbardziej okrutny..."

     I niech tak już na zawsze pozostanie: w Tobie, we mnie, w Krakowie, czyli miejscu mitycznym i mistycznym, kiedyś tętniącym poezją, czyli życiem snem.


ROMAN    WYSOGLĄD



III



Tu chmura w deszczu cicho spływa wierszem

i kostka bruku chce być metaforą,

ulotnym jambem puka mżawka w okno,

a do drzwi wrzesień.


Czy w strofie ciężar zadumy uniesiesz

nad czasem, co śmierć zbliża nieuchronną,

deszczowym jambem puka wrzesień w okno,

a do drzwi jesień.


Noc posiwiała spełnia się w nas jeszcze,

lęk przed nieznanym obejmij pieszczotą,

szelestnym jambem puka jesień w okno.

Spłyń we mnie deszczem.


W taki ukryty w jesieni poranek

nie pytaj w trwodze -- co po nas zostanie.



VIII



Taka bezradna w swej nagości jesteś,

spełnienie skrywasz pod łzą zawstydzenia,

od ciszy w tobie deszcz ustał, oniemiał,

stawał się wierszem,


lipcową nocą, którą grają świerszcze,

mrocznym akordem w "Piątej" Beethovena,

miłosną ścieżką, co z rytmem krwi wbiegła

w dziewczęce serce.


A może deszcz był liryki szelestem,

ciemnym pasażem w nokturnie Szopena,

tylko dlaczego przystanął, oniemiał,

stał się sonetem.


Okryta nocą i w jesiennych deszczach

powracasz do mnie, choć dawno odeszłaś.



XI



Przeszłość jak wierny pies idzie za tobą,

scena z fragmentu ceramiki greckiej,

w cieniu portyku dialog z Diogenesem

przemienił w obłok


czas teraźniejszy. Sen o sen się potknął

i zima nagle zmieniła się w jesień,

jabłkiem pachniały sonety i wrzesień

przystanął obok


czasu przeszłego. Czas o czas się potknął,

śnieżyca kwiatów przygięła czereśnie,

przygasł jak świeczka dialog z Diogenesem,

gdy czasu obłok...


Patrz, co wyprawia z nami filozofia,

gorzka jak piołun, lecz jak jej nie kochać.



XVII



Otworzyć siebie na poezji światło,

tak się otwarła nicość dla ciemności,

kiedy z wybuchu wszechświat się wykłosił

jak zboża ziarno.


Żniwiarz szedł wolno przez łany metafor,

śmierć się czaiła w sinych błyskach kosy,

czarne krakanie kruki w gardłach niosły,

słowem się stało.


Wytańczył niebo w swym szaleństwie van Gogh,

błękit z żółciami w gwiazdach wirujących

i w rytmie walca wpadło niebo w oczy

wiersza poświatą.


Widzisz jak słowo kolorem oddycha,

drzwi różnych światów powoli odmykaj.



XIX



Jest czuła fraza w nokturnie Szopena,

w której usłyszysz nocy ciemny oddech,

gdy nagle cisza zmienia się w pieszczotę,

co mrok otwiera


i wyobraźni rozchyla ocean,

rytm wiersza niesie metafory okręt,

mrocznie bzy pachną za sonetu oknem,

noc się otwiera.


Na palców dotyk przybliża się wszechświat,

słowo jaśnieje mgławicy obłokiem

i płonie strofa jak van Gogha obłęd,

wiersz się otwiera...


Z wiersza wychodzisz w sukience z perkalu.

Włos tylko dzieli patos od banału.



XXIII



Ty jednak niesiesz horacjański spokój,

śpiewną łagodność w rytmach heksametru,

zdyszany sonet za tobą przybiegł tu

dzisiaj o zmroku.


Tutaj Sokrates szukał duszy wzlotu,

Heraklit ciemność wciskał w wiersza metrum,

od lat cierpliwie pytam się sonetu,

gdzie znajdę spokój,


dom, w którym zegar nie chodzi od roku,

kubek gorącej herbaty co wieczór,

oddech pachnący twą pastą do zębów,

zwyczajny spokój.


Wiosnę przynosisz w ptakach i w zieleniach,

a we mnie ciszy i spokoju nie ma.





Krzysztofa Pasierbiewicza słów kilka o jednym takim, co ocalił od zapomnienia polski sonet


W dniu 26 maja 2015 w Sali Fontany krakowskiego Klubu Dziennikarzy Pod Gruszką, która niegdyś była łazienką królowej Marysieńki zażyłem kąpieli w czystej poezji krakowskiego szaławiły Adama Kawy uczestnicząc w wieczorze autorskim będącym promocją Jego najnowszego tomiku pt. HORA POETICA. Smakowity był to wieczór okraszony oratorskimi tyradami przekomarzających się ze sobą w lekkiej formie Autora i Uczonego, który o poezji wie jeśli nie wszystko, to prawie – profesora  Uniwersytetu Jagiellońskiego i innych nie mniej szacownych uczelni Adama Kulawika.

A teraz słów kilka o Adamie Kawie.

Pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku byłem uczniem elitarnej szkoły nazywanej „Trzecim Zakładem im. Jana Kochanowskiego w Krakowie”, gdzie słowo „liceum” było zakazane, a szczytną nazwę „zakład” zastrzeżono dla „ekskluzywnej”, galicyjskiej sztuby męskiej o pamiętającym czasy Franca Josefa drylu. W tym kuriozalnym liceum słowo „koedukacja” miało wzbudzać w uczniach, jeśli nie obrzydzenie to przynajmniej politowanie, kpinę i pogardę, a w szkole panował wszechobecny terror oparty o kodeks niezliczonych nakazów, zakazów, kar oraz restrykcji.

Tej zamordystycznej tyranii poddawali się bezwolnie „celerzy”, czyli ciasno myślące kujony, w znakomitej większości synalkowie krakowskich klanów lekarsko adwokacko profesorskich, w znaczącym procencie Sic! mentalnie przyciężkawe muły, których nie interesowało nic poza koteryjną karierą.

W tym stadzie baranów pojawiła się na szczęście czarna owca – Adam Kawa, chłopak tak lotny i wrażliwy, że nikt, łącznie z gronem nauczycielskim za nim nie nadążał, a jego, jak na tamte czasy karygodne upodobanie wolności i swobody wyrażania myśli sprawiły, że zacne grono nauczycielskie uznało go za „nierokującego szajbusa” i przy pierwszej lepszej okazji wylano niepokornego ucznia ze szkoły, - co mnie już wtedy umocniło w przekonaniu, że Adam to niezwykły człowiek.

I rozeszły się nasze drogi. Aż go po pięćdziesięciu latach odnalazłem natrafiwszy w księgarni na jego poetycki tomik. Adam poświęcił się poezji, której oddał wszystko, co w nim było najlepsze i najpiękniejsze. Wyspecjalizował się w sonecie, który moim zdaniem ocalił od zapomnienia.

Nie wiem i wolę nie wiedzieć jak potoczyło się jego życie. Wiem tylko, że spotkał na swej drodze wielką miłość, nieosiągalną dla większości małżeństw. Sara, tak miała na imię, była studentką polonistyki na UJ i jak mi Adam kiedyś wyznał przy wódeczce wielką polską patriotką. Niestety w czasach, kiedy nad Polską niosło się hasło „Syjoniści do Syjamu” piękną Sarę skazano na emigrację. Adam szukał jej całe życie i nadal szuka w swych sonetach, choć jej już między żywymi nie ma.

Dla mnie Kawa jest jednym z największych współczesnych krakowskich poetów, a może i więcej. Dlaczego? Bo, jak czytam Kawę, to wiem, że to Kawa. Jak nikt inny rozedrgany, wibrujący, samczy, a zarazem niezwyczajnie intymny i czuły – nieprzystający do żadnej ze szkół polskiej poezji. A życie mnie nauczyło, że tak, jak w nauce, również w sztuce niedający się zaklasyfikować indywidualizm świadczy o samorodnie autentycznym talencie. Reszta to pozorowanie.

Szkoda tylko, że Adam jest nie bez przyczyny przez krakowskie środowisko niezauważany. Bo Kraków to piękne miasto, lecz nie zawsze piękne umysły ludzi małego formatu, którzy ogłosiwszy podwawelskimi „elitami” wiecznie rozgadane kawiarniane towarzystwo wzajemnego zachwytu nad samymi sobą, pragnąc się za wszelką cenę „wybić nad poziomy” okrywają zmową milczenia każdego, kto sięga wyżej, niż ich wyjałowione psyche i okaleczony parciem do kastowych „karier” - trącący naftaliną intelekt.

Krzysztof Pasierbiewicz





home | wydarzenia | galeria sztukpuk | galerie | recenzje | forum-teksty | archiwum | linki | kontakt